niedziela, 11 lutego 2018 | By: Annie

"Arystokratka na koniu" - Evžen Boček

                   Mój umysł przebywa obecnie w zupełnie innym świecie, unoszę się trzy metry nad ziemią, głowy do czytania nie mam zupełnie – ale to wróci w swoim czasie, jestem pewna. Na razie czytam skokowo – tzn. jeden dzień zrywu, kiedy pochłaniam kilkaset stron, a potem znowu przestój. Widocznie tak ma być, notuję dla siebie, ku pamięci na przyszłość. ;) W każdym razie „Arystokratka” dobra na wszystko – tom trzeci zakupiłam na kindla dzień po premierze i połknęłam szybko oraz ze smakiem. Dla tych, którzy tej serii jeszcze nie znają – jest to autentycznie przezabawna opowieść o pewnej rodzinie czeskich arystokratów, która po latach odzyskuje rodowy zamek - Kostkę. Oczywiście wiąże się to z całą masą komicznych perypetii, natrętnymi turystami, awariami itd. Nie był to może taki zachwyt jak przy lekturze tomu pierwszego – wiadomo, urok nowości, zaskoczenie... W każdym razie przy „Arystokratce na koniu” nadal bawiłam się świetnie, szkoda tylko, że tak krótko! I znowu trzeba będzie czekać parę lat na kolejny tom... Ale wiem, że warto, bo żadna inna lektura nie zapewnia mi takiej dawki głośnego śmiechu i poprawy humoru. Panie Boček, pisz pan szybciej! ;)
sobota, 27 stycznia 2018 | By: Annie

"Kobieta w oknie" - A.J. Finn

                      Przyznam, że ostatnio nieco męczą mnie te wszystkie blurby, jak i wszelka krzykliwość oraz nachalność reklamowa - każda nowa książka jest ‘naj, naj, naj’ , ‘niesamowita’ i ‘wybitna’. A nie wystarczy, że będzie, jak wiele innych, zwyczajnie dobra? Tak, tak, wiem – marketing i pieniądze… W każdym razie czy „Kobieta w oknie” faktycznie jest tak ‘nieodkładalna’ jak zachwala Stephen King? Nie, nie jest, w międzyczasie przeczytałam inną pozycję, choć przyznam, że powieść A.J. Finn czytałam z zainteresowaniem, historia wciągnęła mnie. Czy jest to ‘najbardziej porywający thriller od czasu „Zaginionej dziewczyny”’ jak z kolei deklaruje Tess Gerritsen? Jeśli kogoś „Zaginiona dziewczyna” aż tak porwała, to być może tak lub nawet bardziej, natomiast ja nigdy nie byłam jakąś wielką entuzjastką książki Gillian Flynn – dobrze ją wspominam, ale bez fajerwerków. Do czego zmierzam – „Kobieta w oknie” to po prostu solidny, bardzo umiejętnie napisany thriller – naprawdę dobry, ale też bez przesady – arcydzieło to nie jest. 

                      Podobała mi się kreacja głównej bohaterki – pokiereszowanej przez życie prawie czterdziestolatki, która cierpi na agorafobię i nie wychodzi z domu, za to namiętnie ogląda czarno-białe filmy i obserwuje swoich sąsiadów - aż pewnego dnia widzi coś, czego zobaczyć nie powinna.... Podobało mi się zakończenie, które jak najbardziej mnie zaskoczyło. Jeszcze raz podkreślam – to bardzo porządna, dobra książka, ale nie wiem, czy to może już moje zmęczenie tematem, czy po prostu przy którymś tam dziesiąt przeczytanym thrillerze przestajesz się tak emocjonować – nie wiem, w każdym razie okładkowe zachwyty są na wyrost moim zdaniem, miejmy trochę umiaru w tych wielkich słowach. Natomiast jeśli lubicie thrillery – gorąco polecam tę pozycję! Solidny reprezentant swojego gatunku, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że znajdzie się w moim prywatnym rankingu TOP15 najlepszych thrillerów. :) 

niedziela, 14 stycznia 2018 | By: Annie

"Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" - Cezary Łazarewicz

                     Ostatni tydzień to była w moim życiu istna jazda bez trzymanki, pełna wrażeń, emocji i pięknych chwil. Bałam się trochę, że sięgnięcie po ambitny reportaż to nie będzie dobry wybór na ten czas, że nie będę miała głowy do tego typu ‘poważnej’ lektury, a i moje myśli ulecą ku innym sprawom… A jednak - za każdym razem gdy siadałam do tej pozycji, natychmiastowo i w pełnym skupieniu przenosiłam się w nieznany mi, przerażający świat – czas lat 80, kiedy ZOMO bestialsko zamordowało warszawskiego maturzystę – Grzegorza Przemyka. Owa pozycja to opis tych dramatycznych wydarzeń, jak i wieloletniego procesu, który stał się przedmiotem manipulacji i ohydnych kłamstw polityków. To także niepowtarzalny portret ówczesnego społeczeństwa, codzienności i obyczajowości. 

                     Uważam, że nie ma sensu pisać więcej, streszczać, analizować – tę książkę po prostu trzeba przeczytać i w zadumie przetrawić. To reportaż idealny, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, świetnie napisany, chwyta za serce, pozostawia z uczuciem niedowierzania, bezsilności i smutku. Zazwyczaj nie szczędzę słów pochwały lekturom – bo i dlaczego bym miała, skoro dana pozycja wzbudza we mnie same pozytywne emocje - niemniej teraz żałuję, że nie bywam jednak ciut oszczędniejsza w swoich zachwytach – miałabym rezerwę wielkich słów dla książki Cezarego Łazarewicza. W każdym razie nie przegapcie tej pozycji – niesamowita lekcja historii, reportaż doskonały, a jednocześnie czyta się to jak thriller, nie ma tu żadnej bariery nieprzystępności czy literackiego snobizmu, którego tak nie znoszę w polskiej prozie ambitnej. Już niedługo będę miała przyjemność obejrzeć sztukę w Teatrze Polonia, która powstała właśnie na podstawie tej lektury - nie mogę się doczekać. A książkę gorąco polecam!
sobota, 6 stycznia 2018 | By: Annie

"Podpalacz" - Wojciech Chmielarz

                           Lubię polski kryminał. Uważam, że mamy kilku naprawdę niezłych autorów, z ciekawymi pomysłami i dobrym warsztatem. Zatem sięgając po nowego dla mnie twórcę tego gatunku – Wojciecha Chmielarza – spodziewałam się książki dobrej, ale to, co otrzymałam przekroczyło wszelkie moje oczekiwania. Przyznam od razu – to chyba najlepszy polski kryminał, jaki przeczytałam w życiu. I nie chodzi nawet o samą intrygę, która swoją drogą jest bardzo wciągająca, dopracowana oraz umiejętnie poprowadzona, a zaznaczam, że nie ma tu ani jednego z tych elementów, które zawsze łatwo mnie ‘kupują’ i sprawiają, że patrzę na daną książkę przychylniejszym okiem – takich jak niewielkie miasteczko, rodzinna tajemnica i ograniczona przestrzeń, typu wyspa, samolot lub odcięta od świata rezydencja. Nie, książka Wojciecha Chmielarza nie ma z w sobie nic z romantycznej zbrodni - to rasowe policyjne śledztwo prowadzone po całej Warszawie, dotyczące serii podpaleń domów mieszkalnych - czyli tematyka zupełnie nie w moim guście. A jednak zachwyciłam się, a to, co mnie przekonało, to przede wszystkim znakomita postać komisarza Mortki – tak dobrze i wyraziście zarysowana - oraz naprawdę świetny styl pisania autora i zakończenie, które wbija w fotel. Plus mały bonus w postaci dobrze znanych mi okolic Ursynowa. 

                          Nadziwić się nie mogę - czemu ten autor nie został bardziej rozreklamowany? Czemu nie czytają go tłumy? On jest przecież lepszy niż Mróz, Miłoszewski, Krajewski, Jodełka, Puzyńska czy Bonda (choć akurat o to nietrudno)! W każdym razie ja zaraz zabieram się za tom drugi, jak tylko Tata odda mi książkę. ;) A "Podpalacza" GORĄCO polecam!!!!
środa, 3 stycznia 2018 | By: Annie

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" - Olga Tokarczuk

                           Literacko rok 2018 rozpoczęłam z przytupem, bowiem od razu udało mi się przeczytać książkę jednocześnie ambitną, mądrą, piękną i świetnie napisaną. Z resztą po tej autorce nie spodziewałam się niczego innego – przedsmak jej stylu i wybitnych umiejętności literackich poczułam już w krótkim tomie opowiadań pod tytułem „Szafa”

                          „Prowadź swój pług przez kości umarłych” to opowieść osadzona w gęstych, górskich lasach Kotliny Kłodzkiej. Historia dotyczy serii tajemniczych morderstw dokonywanych na kolejnych myśliwych, do których dochodzi - jak sugeruje główna bohaterka - w ramach zemsty zwierząt. Książkę ilustrują piękne zdjęcia – kadry z filmu – co dodatkowo potęguje klimat nostalgii, osamotnienia, podziwu i respektu dla potęgi przyrody. Owa lektura to ponadto swego rodzaju manifest, proklamacja dla wszystkich przeciwników polowania, wegetarian i przyjaciół zwierząt. Wiele tu oryginalnych, wyrazistych scen, ciekawych zdań-cytatów oraz trafnych spostrzeżeń, które aż chce się analizować z ołówkiem w ręku. To mądra, refleksyjna lektura, która też bezlitośnie obnaża wszechobecną hipokryzję – kościelną, polityczną, społeczną. Plus główna bohaterka, którą zapamiętam na długo. To wszystko składa się na tak rzadki w Polsce przykład literatury jednocześnie ambitnej i przystępnej czytelnikowi. Chciałabym, żeby cały mój 2018 rok czytelniczo był tak dobry jak ta pierwsza pozycja. Oby jak najwięcej takich książek!
poniedziałek, 1 stycznia 2018 | By: Annie

Podsumowanie roku 2017

                       Rok 2017 zamykam z bilansem 79 przeczytanych książek na koncie. Bardzo dobry wynik, zważywszy, że był to również rok w którym napisałam i obroniłam pracę magisterską, zwiedziłam wschodnie wybrzeże Stanów, a także wykonałam połowę stażu aptecznego. Końcówka roku nie była dla mnie z wielu powodów łatwa, ale nie chcę rozpamiętywać złych czy smutnych chwil, z nadzieją patrzę w przyszłość.


                       Literacko rok 2017 zapamiętam jako ten, który rozpoczęłam dość ambitnie – reportażem i literaturą naprawdę piękną – aż nagle na długie miesiące skręciłam w stronę thrillerów psychologicznych, by zakończyć puszczeniem oka w kierunku romansu i… horroru – przyznaję, mnie samą niejednokrotnie zaskoczyły moje wybory czytelnicze. W ciągu ostatnich 12 miesięcy odkryłam kilku bardzo ciekawych pisarzy – takich jak Peter Swanson, Peter James, Rose Tremain czy mój osobisty król dowcipu Evzen Bocek. Czytałam sporo prozy polskich autorek - Magdaleny Witkiewicz, Katarzyny Bereniki Miszczuk oraz Manueli Gretkowskiej. Ponadto nadal nie umiem ustosunkować się do twórczości Remigiusza Mroza – widocznie dwie przeczytane książki to jeszcze za mało, by wydać werdykt. O tytuł najgorszej książki roku walczą u mnie dwa tytuły – dziwnym trafem oba przeczytane w grudniu - „Maybe someday” oraz „Pamiętnik księżniczki” – ciężko mi wybrać zwycięzcę na tym polu – obie te pozycje były naprawdę tragiczne i tylko zmarnowały mój czas. Natomiast jeśli chodzi o najlepszą książkę 2017 roku to tytuł ten zdobywa „Król” Szczepana Twardocha – sięgając po tę powieść nawet nie sądziłam, że mi się spodoba, ale jej wielopłaszczyznowość, wyraziści bohaterowie oraz odmalowany obraz przedwojennej Warszawy zachwyciły mnie bezgranicznie. Jeśli chodzi o inne, naprawdę rewelacyjne lektury, to chcę tu również wyróżnić „Małych bogów” Pawła Reszki, „Dzieci Norwegii” Macieja Czarneckiego, "Dom na wzgórzu" Petera Jamesa, "Niepełnię" Anny Kańtoch,  "Marię Pannę Nilu" Scholastique Mukasonga, "Dziennik kasztelana" Evzena Bocka i - koniecznie - naprawdę przecudną perełką bibliofilską „Prześlę Panu list i klucz” Marii Pruszkowskiej. Jeśli chodzi o thrillery psychologiczne to, jak naliczyłam, przeczytałam ich łącznie 16 (ale liczę wyłącznie te, które faktycznie są thrillerami, a nie mają tylko taki chwytliwy opis na okładce). Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje na pewno „Za zamkniętymi drzwiami” B.A. Paris, „Ostatnie wyjście” Federico Axat, "Czasami warto zabić" oraz "Każdy jej strach" - obie pióra Petera Swansona.

                       Jeśli chodzi o plany czytelnicze na nowy rok, to standardowo - chciałabym czytać więcej, ambitniej, intensywniej. Tradycyjnie marzą mi się reportaże i szczypta klasyki. Niemniej jakiś większych planów nie snuję, bowiem rok 2018 będzie dziwny pod wieloma względami. To będzie rok ważnych rozstrzygnięć i wielkich niewiadomych. Nie mam pojęcia jak będzie wyglądał i jak się potoczy. Rok, w którym wiele się okaże i wyjaśni – jak będzie wyglądała nasza przyszłość,  czy nasze marzenia się spełnią, w jakim kraju będziemy mieszkać itd. W marcu kończę staż, ale co potem – nie mam pojęcia, przyznam, że do pracy mi się jakoś nie spieszy. Niemniej, powtarzając za Szwejkiem ‘jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było’, zobaczymy co los przyniesie – w każdym razie jakoś to będzie. Życzę sobie, że gdy za rok spojrzę na dzisiejszą notkę, uśmiechnę się do myśli, że obecne marzenia się spełniły. I tego życzę również Wam – żeby ten nowy rok był pod każdym względem jeszcze lepszy. :)

niedziela, 31 grudnia 2017 | By: Annie

"Pamiętnik księżniczki" - Carrie Fisher

                        Łakomie rzuciłam się na tę pozycję, ale przeczytanie jej zajęło mi nadspodziewanie dużo czasu. Przede wszystkim zawiodły styl i język – niesamowicie toporne, bełkotliwie, nie wiem czy to kwestia stylu pisania autorki, czy też kiepskiego tłumacza. W każdym razie zdania wchodzą do głowy ze zgrzytem i bólem. Nie ma lekkości, narracja nie płynie wartko, nie miałam przyjemności z czytania, bo ciągle musiałam główkować – o co chodzi w danym zdaniu czy akapicie. Autorka niby ironizuje, niby żartuje, ale momentami łapałam się na myśli – co ona brała podczas pisania!? Czy naprawdę świadomie to napisała i opublikowała?! Szkoda, bo po cudnym początku narobiłam sobie smaka na klimat lat 70’, a książka tak naprawdę opiera się tylko na jednym, pseudo-szokującym stwierdzeniu, wałkowanym bez końca – Carrie miała romans z Harrisonem, ale on był nieprzystępny emocjonalnie. Ta-da. I to niestety już wszystko, co ma do zaoferowania ta lektura... Informacje zupełnie niewspółmierne do wysiłku, który trzeba włożyć, aby przebrnąć przez nudny i kiepsko napisany tekst... "Pamiętnik księżniczki" to niesamowicie męcząca pozycja, ale jeśli zastanawiacie się czy naprawdę da się napisać prawie 300 stron wywodu o niczym, niezmąconego jedną głębszą, nieegocentryczną myślą - to ta książka z pewnością odpowie na to pytanie. ;)

"Posłuchajcie zagadki, mili przyjaciele:
Czemu mówię tak dużo
Mówiąc tak niewiele?" - cytat i zarazem esencja tej książki
sobota, 30 grudnia 2017 | By: Annie

Porcja zaległości

                    Rok 2017 zbliża się ku końcowi, a ja wciąż mam kilka zaległych notek. Dotyczą one książek, dla których albo nie miałam weny, albo zwyczajnie zabrakło mi czasu, by podarować im osobne wpisy. Nie łudzę się już, że zdążę każdą z nich z osobna zrecenzować, niemniej chciałabym żeby choć jakiś mały ślad po nich został na blogu – zatem oto krótkie zestawienie książek przeze mnie ‘ominiętych’.


***

                   Podczas upalnych, lipcowych nocy połknęłam kolejną powieść Magdaleny Witkiewicz. Chyba w duszy każdej kobiety - nieważne jak szczęśliwa jest w danej chwili - gdzieś głęboko zagrzebane leży to uwierające pytanie – co by było gdyby? Gdybym wybrała innego mężczyznę, inne życie? Magdalena Witkiewicz pięknie rozlicza się z tym kobiecym dylematem. „Cześć, co słychać?” to opowieść o czterdziestoletniej Zuzannie – ustatkowanej żonie i matce, która nieopatrznie i nieostrożnie na nowo otwiera w swoim życiu rozdział licealnej miłości. Piękna, mądra obyczajówka.

***

                     Moim zdaniem to perełka, którą zrodzić mogła tylko i wyłącznie literatura francuska. Jest zabawnie, z lekka absurdalnie, niesamowicie i niepowtarzalnie. „Miłość i inne nieszczęścia” to historia pewnej nietypowej rodzinki – ich życie mija w rytmie jazzu, kolejnych przyjęć i szampańskiej zabawy. Matka co dzień przybiera inne imię, domowe zwierzątko to żuraw, a syn za karę ogląda telewizję. Ciężko w słowach uchwycić klimat tej książki – na poły magiczny, radosny, a na poły nostalgiczny. Na pewno jest to historia, którą można analizować na wielu płaszczyznach – wesołej, zabawnej i lekkiej niczym piórko, aż po mroczne, przerażające oblicze choroby psychicznej. Ale przede wszystkim jest to piękna, romantyczna opowieść o wielkiej miłości i radości, jaką można czerpać z życia. Aż się błogo robi na sercu. Niepowtarzalna, słodko-gorzka lektura. Gorąco polecam!

***

                   "Macierzyństwo non-fiction" Joanny Woźniczko-Czeczott przeczytałam z ciekawości, dla zabicia czasu. Ciekawa pozycja, ale niewiele z niej zapamiętałam, oprócz ogólnego wrażenia, że chyba teraz panuje jakaś moda na narzekanie, iż posiada się dziecko i przez to ‘straciło się siebie’. Kiedyś, gdy sama będę miała dzieci, na pewno przeczytam raz jeszcze. Teraz zwyczajnie nie umiem tej pozycji ocenić.

                                      ***

                       Jeśli chodzi o naukę lub ćwiczenie angielskiego poprzez czytanie, to nie ma moim zdaniem lepszych pozycji niż cała seria o Zakupoholiczce. Po pierwsze, w polskiej wersji językowej historia traci dwie trzecie uroku – więc jeśli czytać, to tylko w oryginale. Po drugie, po angielsku połyka się te książki błyskawicznie, lekko, bez wysiłku. Historia wciąga, jest zabawna, sympatyczna, a strony przekręcają się same. „Shopaholic takes Manhattan” przeczytałam podczas wakacyjnej podróży po Stanach. Wcześniej czytałam również „Confessions of a Shopaholic”, „Shopaholic & Sister” oraz „Shopaholic & Baby” - a teraz postanowiłam nadrobić te tomy, które ominęłam gdzieś po drodze. Cóż mogę napisać - po prostu uwielbiam Becky. ;)

***

                       „Obserwując Edie” Camilli Way to jedna z wielu pozycji pochłoniętych przeze mnie podczas mojej wiosenno-letniej fazy pod tytułem ‘czytam każdy thriller, który nawinie mi się pod rękę’. Choć w zasadzie owa lektura – reklamowana jako thriller właśnie – nie za dużo ma z nim wspólnego. To raczej obyczajówka z tajemnicą w tle. Tytułowa Edie spodziewa się dziecka, ale jest zupełnie sama. Gdy po porodzie nie radzi sobie z noworodkiem znienacka pojawia się jej przyjaciółka z dzieciństwa, Heather. Mroczna, gęsta, duszna atmosfera, zacieśniająca się pętla i niewyjaśniona tajemnica sprzed lat. Bardzo mi się podobała ta książka, polecam.


***

                         Gdzieś pośród grudniowych, bożonarodzeniowych lektur przeczytałam dwie kolejne pozycje z serii Pretty Little Liars. „Sekrety” to Kłamczuchy w bonusowym wydaniu świątecznym – cztery opowiadania, każde o innej z przyjaciółek. Dobra rozrywka, ale moim zdaniem odstaje jakością od głównej serii. Z kolei „Pożądane” – czyli tom 8 i zarazem zakończenie drugiego arcu – to prawdziwe trzęsienie ziemi w zamożnym, eleganckim Rosewood. Oczywiście nie będę streszczać, bo to byłby jeden wielki spoiler. W każdym razie moją znajomość z Pretty Little Liars miałam zakończyć na tym właśnie tomie, ale już wiem, że na pewno sięgnę po następne i pewnie jakoś do trzydziestki rozprawię się do końca z całą tą serią. ;)


środa, 27 grudnia 2017 | By: Annie

Poświąteczny stosik

                       Mikołaj jak zwykle był dla mnie ponad miarę hojny (jestem pewna, że nie zasłużyłam ;)), ale pod choinką znalazłam całą masę pięknych prezentów – w tym książki oczywiście. Tradycyjnie wrzucam zdjęcie bożonarodzeniowego stosika, a w nim same smaczki. Na dole skryła się „Ta piękna mitomanka” – biografia barwnej, kontrowersyjnej Izabeli Czajki-Stachowicz – od lat się na nią czaję i wreszcie mam! Oprócz tego kilka wypatrzonych nowości wydawniczych, kolejny Llosa do kolekcji, zebrane przed wydawnictwo Czarne rozmowy z tłumaczami, czwarty tom mojej ukochanej norweskiej serii pióra Anne B. Ragde oraz wybór wierszy Emily Dickinson - najbardziej tajemniczej amerykańskiej poetki. Ale mam czytania! 

"Tajemnica gwiazdkowego puddingu" - Agatha Christie

                     Gdzieś między świątecznym obżarstwem, rozpakowywaniem prezentów, spacerem i oglądaniem bożonarodzeniowych filmów w tv w ostatnich dniach połknęłam również zbiór opowiadań dawno przeze mnie nieczytanej Agathy. Zatęskniłam za tym niestety nieistniejącym już, wyjątkowym angielskim światem – pełnym kamerdynerów, wiejskich rezydencji, popołudniowych herbatek i… zbrodni oczywiście. 

                     „Tajemnica gwiazdkowego puddingu” to zbiór sześciu opowiadań – pięć z nich dotyczy Herculesa Poirot, a w jednym pojawia się panna Marple. Niestety, tylko to pierwsze, tytułowe opowiadanie jest świąteczne, reszta to już ‘zwykłe’ historie - to jedyny mankament, bo nastawiłam się na bardziej bożonarodzeniowy klimat. Natomiast jeśli chodzi o same opowieści to oczywiście są to wielkie smaczki, inteligentne łamigłówki, każde rozwianie zaskakuje i nie rozczarowuje. Podziwiam pomysłowość Agathy, mnogość jej pomysłów, niewiarygodne jak musiał działać jej umyśl, który produkował fascynujące zagadki niczym maszynka. Pewnie niejeden pisarz z każdego takiego opowiadania nasmarowałby całą książkę, a Agatha pomysłów miała tyle, że spokojnie mogła zaserwować czytelnikowi tomik krótkich historii. Oczywiście polecam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...