poniedziałek, 18 września 2017 | By: Annie

"Obsesja" - Katarzyna Berenika Miszczuk

                   Dziś pogoda taka, że lepiej nosa nie wychylać spod koca, co też skrupulatnie planuję uczynić. Do tego kubek herbaty, relaksująca muzyka i oczywiście dobra książka. Nadeszła jesień - nie mam co do tego wątpliwości. Jak zawsze o tej porze roku z ciekawością przeglądam nowości oraz zapowiedzi wydawnicze na nadchodzące miesiące - jesień to zaraz obok targów w Warszawie, książkowo najgorętszy okres w roku. Szperam zatem, notuję, tworzę listy pozycji 'do przeczytania' i mnóstwo frajdy sprawia mi takie szykowanie zapasów wciągających, smakowitych powieści na długie, jesienne wieczory. Jeśli macie zwyczaje podobne do moich, to gorąco polecam, zaopatrzcie się w „Obsesję” – świeżynkę pióra Katarzyny Bereniki Miszczuk. Owa książka to historia pewnej rezydentki psychiatrii z warszawskiego szpitala, która zaplątana zostaje w zagadkę serii morderstw…

                     Uwielbiam poczucie humoru autorki i jej sympatyczne, nieco zakręcone bohaterki, a gdy do tego dołożyć jeszcze realistycznie oddane szpitalne klimaty – śmierdzące szafki w szatni, mroczne podziemia - oraz trafne obserwacje na temat pracy lekarzy - to otrzymujemy mieszankę doskonałą. Czytanie tej książki to była czysta przyjemność i rewelacyjna rozrywka. Historia trzyma w napięciu, momentami miałam ciarki na plecach i oderwać się nie mogłam, a jednocześnie chciałam czytać jak najwolniej – żeby na jak najdłużej mi starczyło. Jeden mam tylko zarzut – okładka – taka nijaka, romansidłowa, przeciętna… Ja bym tu widziała mroczny korytarz i oddalającą się postać w fartuchu... Niemniej wrażenia i tak mam baaardzo pozytywne. Czuję nawet lekkiego książkowego kaca i nie wiem co czytać dalej... Chcę jeszcze!!!
piątek, 15 września 2017 | By: Annie

"Szkoła żon" - Magdalena Witkiewicz

                    „Co ja czytam?!” – czyli myśl-motto kołacząca się w mojej głowie podczas lektury tej książki. Słowo daję - przekonana byłam, iż będzie to urocza komedia pomyłek z nutą obyczajowości – coś w klimacie „Awarii małżeńskiej” czy „Moralności pani Piontek”. A że bardzo lubię twórczość Magdaleny Witkiewicz – nie zawiodłam się jeszcze nigdy - to sięgnęłam bez czytania opisu na okładce. Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając sobie w najlepsze nagle odkryłam, że to… pikantny erotyk. Sam pomysł na historię jest bardzo ciekawy i oryginalny – kilka przypadkowych i bardzo różniących się od siebie kobiet decyduje się na trzytygodniowe wczasy w tytułowej Szkole żon - miejscu luksusowym, tajemniczym, gdzie pobyt ma sprawić, iż już żaden mężczyzna ich nie zrani...

                     Na wstępie od razu chcę zaznaczyć, iż nie jest to książka zła czy nudna – Magdalena Witkiewicz po prostu nie pisze kiepskich powieści. Natomiast nic nie poradzę na to, że ja po prostu nie lubię i nie czytuję erotyków - nie umiem zatem ocenić czy ta książka jest dobra czy nie w swoim gatunku. Na pewno nie jest to kolejna pozycja z kalki Grey’a – to na plus. Historia jest bardziej feministyczna (choć też nie do końca..) - opowiada o sile i niezależności kobiet. Niemniej nie podobało mi się... chyba po prostu nie mam potrzeby szukania takich doznań w literaturze, nie wiem, może z czasem to przyjdzie, a może nie. Na razie pasuję. Książka pewnie spodoba się fanom gatunku – ja do nich nie należę. :(
środa, 13 września 2017 | By: Annie

"Lata powyżej zera" - Anna Cieplak

                      Pierwsza książka na rynku o pokoleniu '00 – pokoleniu przejściowym, które dorastało wraz z pojawianiem się pierwszych telefonów komórkowych oraz coraz szybszego internetu – i podobno ostatnie, które bawiło się na trzepaku. ;) Główna bohaterka mieszka w zapomnianym przez świat Będzinie i próbuje jakoś po swojemu przetrwać te trudne, nastoletnie lata, w czym oczywiście pomaga jej muzyka - najpierw Ich Troje, potem Paktofonika, na końcu Radiohead – piosenki tych zespołów towarzyszą jej na kolejnych życiowych zakrętach. Fajnie było odbyć taką sentymentalną podróż w czasie, bo jednak mimo paroletniej różnicy wiekowej, która dzieli mnie od bohaterów książki, wiele rzeczy kojarzę i pamiętam z dzieciństwa – zarówno muzycznie, jak i życiowo – łączenie się z internetem przez kabel telefoniczny, pierwsza komórka – oczywiście Nokia 3310, żółte słoneczko i ten charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości na Gadu-Gadu. Ale z kolei ja nie poznałam MTV jeszcze sprzed zalewu głupich programów, ani też nie słuchałam takiej muzyki jak bohaterka, a o wielkiej fali emigracji słyszałam jedynie z telewizji, więc jednak nie do końca było z mojej strony możliwe pełne ‘wczucie’ się w tę historię. Powieść zaczyna się pięknie, mocnym akcentem - "Tego dnia, gdy samolot celnie wbił się w dwie wieże World Trade Center, wznosząc puchate chmury białoszarego dymu, postanowiłam, że nie będę już dłużej słuchała Ich Troje." 11 września to data, która bez wątpienia odcina się grubą kreską w pamięci nas wszystkich, dorastających w latach '00.

                      Mam problem z oceną tej książki – z jednej strony trochę zabrakło mi tu jednej linii fabularnej, jednego wątku, który zwierałby i zamykał tę historię w całość. Z drugiej strony takie pozorne nieuporządkowanie, wątki nie mające dalszego ciągu czy też postaci pojawiające się i odchodzące – właśnie tak wygląda życie i dzięki temu ta książka tak dobrze je imituje... Podobała mi się ta lektura – to dobra i zgrabnie napisana obyczajówka – duży smaczek dla czytelników, którzy pamiętają te czasy z własnej młodości. Coś innego, ciekawego – nie arcydzieło, ale gęsta, nietuzinkowa proza.
poniedziałek, 11 września 2017 | By: Annie

Czytanie w USA

                     Podczas wakacyjnej podróży po USA nie mogłam się oczywiście oprzeć przyjemności podglądania mojego ulubionego aspektu codzienności – czyli czytania. W innych miastach byłam zdecydowanie za krótko, żeby poczynić jakiekolwiek obserwacje, natomiast prawie cały tydzień spędzony w NY pozwolił mi stwierdzić, iż nowojorczycy czytają - dużo i namiętnie. Księgarnie nawet o 22 pełne są zaczytanych klientów, w metrze, w parkach niemalże każdy coś czyta – książkę, gazetę, kindla. Księgarnie oferują cały wachlarz przeróżnych spotkań z autorami, można się zapisać na warsztaty pisarskie, ‘książkowe randkowanie’ lub wykłady, a wśród regałów przechadzają się znajomi i przyjaciele wzajemnie polecając sobie książki, czy też dyskutując o przeczytanych już tytułach – miałam okazję podsłuchać kilka takich fascynujących rozmów. Co ciekawe, ich wizyta w księgarni została wpleciona w czas oczekiwania na seans w kinie czy późniejsze wyjście do restauracji – jako integralna część wspólnego spędzania czasu z drugą osobą. Mam wrażenie, że nowojorczycy starają się być bardzo na bieżąco z wszelkimi nagrodami literackimi, co przypomina mi księgarnie londyńskie – dzień po ogłoszeniu nominacji do Bookera pojawiły się stoły dedykowane finalistom. Czyta się tu również sporo klasyki – w każdej z księgarni widziałam stolik z książkami ambitnymi, ‘klasyką, którą każdy powinien znać’. Książki odgrywają ważną rolę w życiu Amerykanów – to widać nie tylko w statystykach.

New Haven, księgarnia Yale
Polecane na wakacje
Księgarnia Yale, ciąg dalszy

                         W trakcie zwiedzania wschodniego wybrzeża odwiedziłam sporo księgarni (kilka sieciówek Barnes&Noble, księgarnię Harvardu, odkryty przypadkiem, uroczy antykwariat w East Village), ale to oczywiście legendarny, nowojorski Strand odcisnął się w moim umyśle przepięknymi wspomnieniami i to właśnie tam zakupiłam prawie wszystkie pozycje z mojego amerykańskiego stosiku.


Uliczna biblioteka w Bostonie
Księgarnia Harvardu

Antykwariat w East Village


                             Strand to powstała w 1927 roku prawdziwa nowojorska legenda, mekka czytelników z całego świata – olbrzymia, niezwykle klimatyczna księgarnia reklamująca się jako 18 mil książek – podobno jest ich jeszcze więcej, choć nikomu nie chce się liczyć raz jeszcze. ;) Faktycznie, rozmiary ma imponujące – 4 piętra wypełnione po brzegi wszelkiego rodzaju literaturą. Co ciekawe, żeby pracować w Strandzie trzeba zdać specjalny, podobno bardzo trudny egzamin z literatury. Przyznam, że ja weszłam do środka i zgłupiałam – w którą stronę iść, który regał obejrzeć najpierw... W rezultacie w byłam tam codziennie, a i tak mi mało – nie przejrzałam nawet ułamka tego, co chciałam... Warto zaznaczyć, iż książki w Stanach są naprawdę bardzo drogie – myślę, że co najmniej 2-3 razy droższe niż w Polsce. Dla przykładu cienka (210 stron, choć wydana w twardej oprawie) książka Lauren Graham kosztuje 28$, czyli około 100 złotych. Natomiast, co dla Strandu wyjątkowe i co ratuje kieszeń czytelnika  – używane książki stoją tu na półkach przemieszane z nowiutkimi egzemplarzami – czasami ciężko je rozróżnić wizualnie, choć różnią się oczywiście ceną. I tak większość pozycji ze stosu zakupiłam właśnie jako 'used books', za połowę ceny okładkowej, choć przyznam, że wyglądają zupełnie jak nowe. A w jednej z używanych książek czekała na mnie fantastyczna niespodzianka, którą odkryłam dopiero po powrocie – autograf Lauren Graham!

Strand - przed wejściem
I w środku...


Ostatnie piętro zajmują antykwaryczne perełki...
Tu pierwsze wydanie "Przeminęło z wiatrem"!!!


                          Wsiadając do samolotu miałam oczywiście notes z listą pozycji do kupienia – i niemalże wszystkie tytuły udało mi się zdobyć. Upolowałam trzy lekkie czytadła na jesienno-zimowe wieczory (Kinsella&Bushnell), gdyż chick lit zawsze smakuje mi najlepiej właśnie po angielsku. Skusiłam się również na jeden thriller dziejący się na pokładzie statku oraz wspomnianą już autobiografię Lauren Graham. Ponadto clou programu - czyli dwie perełki z Nowym Jorkiem w tle - legendarna powieść "A Tree Grows in Brooklyn" oraz reportaże o nietuzinkowych nowojorczykach "Up in the Old Hotel" - szczerze mówiąc dziwię się, że żaden polski wydawca nie zdecydował się dotychczas na przetłumaczenie tych pozycji... Do stosika dołączyły też eseje o literaturze Anne Fadiman (czytałam je po polsku, ale bardzo chciałam mieć własny, papierowy egzemplarz) oraz pewna wyjątkowa pozycja - rocznicowy prezent od męża. Nie ma jej na zdjęciu, a wiąże się ona z pewnym sekretnym projektem na jesień... Ale o tym innym razem...:)


c.d.n...
niedziela, 3 września 2017 | By: Annie

"Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy" - Paweł Reszka

                     Przestałam oglądać wiadomości w telewizji, co więcej - godzina włączonego TVN24, a już mam ochotę wyrzucić telewizor przez okno. Nie dlatego, że nie interesuje mnie otaczający świat, wręcz przeciwnie - po prostu poraża mnie telewizyjna arogancja, mierzi chamstwo, irytuje brak szacunku i kultury prezentowany w większości programów publicystycznych. Szczerze nie znoszę też tego sensacyjnego stylu narracji, robienia z pierwszego z brzegu tematu ‘sensacji dnia’. I chyba właśnie dlatego tak bardzo podobają mi się reportaże Pawła Reszki – to dopiero drugi, który przeczytałam, ale w moich oczach autor urasta do rangi jednego z ulubionych reportażystów. Bowiem portretuje świat, sprawy ważne, ogólnospołeczne, ale ich nie ocenia, nie szuka afery i łatwych, medialnych uproszczeń – po prostu pisze jak jest. Czytelnik sam ma wyciągnąć wnioski, sam dojść do pewnych myśli, konkluzji. „Chciwość” to rozmowy z bankierami, agentami ubezpieczeniowymi, finansistami – o tym, jak w latach '00 urosła bańka spekulacyjna, która pękła z hukiem w 2008 roku. O nadużyciach, oszustwach ze strony bankierów, ale też o beztrosce, chciwości i bezmyślności klientów. Nie ma tu prostych rozwiązań, podanej na tacy recepty - bo rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana - i autorowi udało się to uchwycić. Zamiast obejrzeć dwa przeciętne programy na ten temat, w których trzej panowie siedzą w studio, przekrzykują się i kłócą, warto moim zdaniem po prostu sięgnąć po tę książkę. Ona wyjaśnia wszystko – na spokojnie, merytorycznie, bezstronnie - uzupełnia wiedzę. Świetna pozycja!
sobota, 2 września 2017 | By: Annie

"Na linii świata" - Manuela Gretkowska

                      No i mamy wrzesień… Czuć już zmianę w powietrzu – dłuższe wieczory, chłodniejsze poranki… żółkną liście za oknem. Dla mnie osobiście to piękny czas - dużo czytam i zwyczajnie cieszę się spokojną codziennością w domu. Przede mną cały miesiąc wakacji, a będzie jeszcze lepiej – na tę jesień i towarzyszące jej wyzwania oraz wielkie plany czekam z niecierpliwością. Zmieniająca się pora roku ewidentnie przekłada się na fakt, iż zatęskniłam za obyczajówkami oraz ciepłymi, pozytywnymi czytadłami. Za gęstą, wielobarwną prozą, która przeniesie mnie w inne miejsca, w inne emocje i światy podczas nadchodzących ciemnych, jesiennych wieczorów. Uwielbiam. Jednak na razie podchodzę ostrożnie – po wakacyjnej przerwie do czytania tego typu książek wracam powoli, nic na siłę. Po nową powieść Gretkowskiej sięgnęłam w ramach rozgrzewki.

                      „Na linii świata” to historia studentki, która dorabiając na internetowej seks-kamerce poznaje informatyka z okolic San Francisco. Tom zaprasza ją, aby zajęła się jego autystycznym synem, ale przyjazd Nataszy zbiega się z przełomowym odkryciem dotyczącym komputerów kwantowych, co wyzwala kaskadę niespodziewanych wypadków – które obejmą cały świat. Okładka – cudo. Natomiast jeśli chodzi o styl pisania to jest on niesamowicie chaotyczny, książka powstała jakby na kolanie – ewidentnie zabrakło tu chwili namysłu, oddechu, przemyślenia w temacie ‘co chcę przekazać za pomocą tej historii’. Trochę nie rozumiem kreowania Gretkowskiej na polskiego Houellebecqa – czyli po prostu dorabiania do bardzo przeciętnej obyczajówki jakiś genialnych teorii, idei – no przepraszam, ale czytelnik aż tak głupi nie jest - gołym okiem widać, że to jednak zupełnie nie ten poziom, nie ta liga. W rezultacie blurb na okładce wygląda kpiąco, ironicznie, niemal prześmiewczo... Jednak najbardziej irytujące było dla mnie mieszanie fizyki kwantowej z metafizyką – w momentach, w których autorka albo nie chciała, albo nie potrafiła wyjaśnić czytelnikowi o co tak naprawdę z tymi komputerami kwantowymi chodzi. Takie omijanie tematu, owijanie go w bawełnę, pisanie o jakimś ‘kwantowym zbawieniu’ - jakby wystarczyło napisać słowo ‘kwantowy’ i można od razu wcisnąć czytelnikowi każdą bajkę o paranormalnych wszechświatach, ożywających zmarłych itd. Jako, że męczyłam się z mechaniką kwantową pół roku na studiach, a także mój mąż zna się na tym zagadnieniu naprawdę dobrze i często opowiada mi ciekawostki na ten temat, to po prostu nie jestem w stanie przełknąć takich bredni – nawet pod płaszczykiem literackiej fikcji. W rezultacie po lekturze miałam wrażenie jakby ktoś mój mózg przeciągnął przez wyżymaczkę, zmiął go, wymęczył... Jakieś psychodeliczne wizje, skakanie po wątkach - nie wiem co autorka brała, ale nie powinna po tym siadać do pisania. Ufff, męczarnie.

                      "Na linii świata" to książka słaba - lektura tylko dla tych, którzy Gretkowską i jej styl pisania już lubią oraz chętnie czytują, dla wiernych (a najlepiej bezkrytycznych ;)) fanów - bo wątpię, żeby tą powieścią była w stanie przekonać kogokolwiek nowego do swojego pisarstwa. Moim zdaniem jest to pozycja przede wszystkim niedopracowana – to mój główny zarzut, mimo całkiem fajnego klimatu oraz intrygującego pomysłu. Akurat miałam ochotę na coś obyczajowego, byłam również wygłodniała tego typu prozy, więc w zasadzie zadowoliłoby mnie 'byle co', ale jednak uczucia względem tej książki mam bardzo, bardzo letnie…


czwartek, 31 sierpnia 2017 | By: Annie

"Kocha, lubi, szpieguje" - Joanna Szarańska

                       Guilty pleasure, słodki relaks, beztroskie czytadło. Miała to być moja papierowa książka ‘do wanny’ (nadal się boję, że utopię Kindla ;)), ale tak mnie wciągnęła, że czytałam ją również wieczorem w łóżku, następnego dnia do śniadania i także podczas spaceru z mężem – aż skończyłam. „Kocha, lubi, szpieguje” to druga część serii o uroczej, ciągle wpadającej w tarapaty Kalinie (w malinach ;)). Pierwszą część polecałam entuzjastycznie tutaj i w zasadzie nie ma co sięgać po jej kontynuację właśnie bez znajomości „I że ci nie odpuszczę”. Nie dlatego, że nie złapiecie zawiłości fabuły, ale po prostu zepsujecie sobie przyjemność poznawania tej serii od początku – a jeśli szukacie beztroskiej, nieprzesłodzonej i nietuzinkowej rozrywki to naprawdę warto. "Kocha, lubi, szpieguje" to bowiem lekkie, zabawne i z humorem oraz polotem napisane czytadło - wątek kryminalny i dworkowo-wiejskie klimaty dodają mu smaku. Oczywiście żadne to arcydzieło, ale czasami głowa potrzebuje odpoczynku i przewietrzenia, a wtedy właśnie takie powieści przychodzą z pomocą. Wiem jak ciężko w tłumie podobnych, ładnych okładek wyłowić coś naprawdę fajnego, nieogłupiającego - ja osobiście jestem tą serią zauroczona, polecam gorąco i już zacieram rączki na myśl o tomie trzecim (i ostatnim… chyba?).
wtorek, 29 sierpnia 2017 | By: Annie

"Prezent" - Louise Jensen

                      Dawno nie trafiłam na żaden naprawdę słaby thriller, więc podświadomie trochę się boję i czekam na ten moment, kiedy wreszcie się sparzę na którejś ze świeżynek. Na szczęście „Prezent” – pachnąca nowość wydawnicza - spodobał mi się. Co prawda nie jest to taki zachwyt, jak w przypadku kilku moich ostatnich thrillerowych lektur, ale spędziłam w towarzystwie tej książki całkiem miły czas. 

                    Owa pozycja to historia Jenny, która dzięki przeszczepowi dostaje szansę na nowe życie. Niestety, wraz z nowym sercem otrzymuje również niepokojące wspomnienia zachowane w pamięci komórkowej – okazuje się, że śmierć jej dawczyni jest bardziej tajemnicza, niż mogłoby się z początku wydawać... Trochę gryzł mnie ten wątek paramedyczno-paranormalny (zboczenie zawodowe ;)), niemniej kiedy go zignorować, otrzymujemy naprawdę solidny thriller – może ciut rozwleczony i z za dużą ilością bocznych rozgałęzień fabuły – przyznam, że moja uwaga uleciała gdzieś w bok w pewnym momencie – ale też dopracowany, wciągający i ciekawy. Nie arcydzieło, ale też daleko tu do jakiegokolwiek zawodu czy rozczarowania. Podobało mi się i myślę, że sięgnę również po inne książki tej autorki.
czwartek, 24 sierpnia 2017 | By: Annie

"Wezbrane wody" - Danielle Steel

                  Po ostatnim maratonie horrorowo-thrillerowym zapragnęłam lektury miłej i słodkiej. Odmóżdżającej. Na ratunek ochoczo przybiegła mi Danielle Steel – może nie uwierzycie, ale to moje pierwsze spotkanie z tą autorką w życiu! Owiana legendą, obśmiewana jako symbol kiczu i romansu – od dawna chciałam się przekonać czy naprawdę jest aż tak źle. ;) Jedno jest pewne – ta pani jest od dziś moją idolką – urodzić 9 dzieci, jednocześnie napisać 120 książek… wow!

                  Na „Wezbrane wody” zdecydowałam się z dwóch względów – po pierwsze Nowy Jork (ta okładka!). Po drugie huragan – uwielbiam takie katastroficzne klimaty, co idealnie zgrało mi się z falą burz i ochłodzeniem nadciągającym nad Warszawę w ostatnich dniach. Jestem zaskoczona, że stosunkowo mało tu romansu, a dużo obyczajowości – owa powieść to ukazane losy kilku przebywających w Nowym Jorku osób w obliczu nadciągającego kataklizmu. Oczywiście nie jest to obyczajowość w wydaniu McEwana czy Oates, ale taka mocno ugładzona, uproszczona, serialowa. Początek podobał mi się baaardzo, niestety ostatnie 100 stron było już raczej mocno przegadane, rozwleczone, choć jednocześnie miało to swój cel – zżyłam się z bohaterami. Język prosty, sporo powtórzeń. Niemniej chciałam lekkiego, niewymagającego, optymistycznego czytadła – i właśnie takie otrzymałam, więc nie zamierzam narzekać i pisać jaka to mało ambitna literatura itd. Uważam, że jeśli ktoś świadomie sięga po prozę pani Steel, czy jakikolwiek inny romans lub kobiece czytadło, to nie ma prawa oczekiwać literatury godnej Nobla, a następnie marudzić, psioczyć, obśmiewać jakie to 'płytkie' i 'przewidywalne'. W swojej kategorii ta powieść jest naprawdę niezła, otula ciepłem, krzepi, relaksuje - wszystko to kwestia oczekiwań co do roli książki - ta na pewno spełniła swoje zadanie i ja pani Steel uwierzyłam. Co prawda na razie nie planuję sięgać po kolejne książki jej pióra – ale wiadomo, skoro tak napisałam, to pewnie zrobię na opak .;) W każdym razie pierwsze spotkanie zaliczam do bezbolesnych i całkiem przyjemnych. Odwiedziłam krainę romansu, zapuściłam się na rejony dotychczas mi nieznane, ale wróciłam cała, zdrowa, a nawet uśmiechnięta i zadowolona (co z tego, że trochę obsypana różem i z lekko otumanionym mózgiem). A teraz pora na kolejny thriller. Ufff!
środa, 23 sierpnia 2017 | By: Annie

"Czarna Madonna" - Remigiusz Mróz

                   Zawsze fascynowała mnie tematyka samolotów – czy to wszelkie wspomnienia stewardess, wyznania pilotów, czy też kryminały dziejące się na pokładzie – specjalnie zachęcać mnie nie trzeba – wystarczy samolot na okładce, a ja już biegnę czytać. Tym samym z wielką radością odkryłam w skrzynce pocztowej najnowszą książkę Remigiusza Mroza - horror - niespodziankę od wydawnictwa. Specjalnie odłożyłam jej lekturę na powrót ze Stanów – nie chciałam trząść się ze strachu podczas lotu. ;) Jak się okazało, niepotrzebnie czekałam, bo choć strachliwa jestem okropnie, to czytając "Czarną Madonnę" nie bałam się ani chwili.

                      Przyznam, że początkowo spodziewałam się czegoś bardziej w stylu lotniczego thrillera (łącznie z kradzieżą obrazu z Jasnej Góry - tak to sobie wyobrażałam ;)), a otrzymałam natomiast satanistyczne wizje, plucie smołą, opętania, podróże w czasie, religijne śledztwo itd. Taki trochę paranormalny Dan Brown – czyta się super, sprawnie, ale wiadomo – ambitna literatura to nie jest ;). Daję plusa za oryginalność - bowiem czegoś takiego jeszcze w swojej karierze nie czytałam. Natomiast minus za zakończenie - trochę zbyt dziwne jak na mój gust, przekombinowane. Ogólnie szału nie ma, ale też czytałam bez bólu – ot, ciekawa byłam co to za książka (reklama zrobiła swoje) i miałam rozrywkę na parę godzin. Ani zachwyt, ani wielkie rozczarowanie – mam nijakie odczucia. Można przeczytać, ale zdecydowanie nie trzeba – ot, cała prawda o tej książce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...